Dedykowane Wam, czytelnikom.
5. Stepowanie i list, który zmienia postać rzeczy.
17 lutego, wtorek
Evelyn zeskoczyła z ostatniego stopnia na chodnik i lekko się zachwiała. Ciężki dzień i nieprzespana noc zrobiły swoje. Czuła się koszmarnie, jakby ktoś przecisnął ją przez wyżymaczkę. Niestety lekcje dla panienek z dobrych domów nie nauczyły jej przezwyciężania takiego stresu i zmęczenia. Na bladej skórze wyraźnie odznaczały się sine cienie pod oczami, a całe ubranie było wygniecione po długiej podróży. Na ulicy panowała szarówka, oznaczająca, że świt już niedługo. Dziewczyna mogła dostrzec jego pierwsze oznaki po różowej smudze światła na horyzoncie. Usłyszała za sobą warkot silnika Błędnego Rycerza i po chwili została na ulicy sama. Skrzywiła się, podchodząc do czarnej bramy z ostrymi, nieprzyjaznymi szpikulcami, która otworzyła się przed nią. Ruszyła szeroką, żwirowaną aleją, otoczoną posępnymi drzewami ciemnego parku. Po piętnastu minutach szybkiego marszu znalazła się na placu przed domem. Spojrzała na rezydencję rodzinną, która zawsze kojarzyła się jej z nieprzystępnością, chłodem i ludźmi z wyższej sfery. Masywny, trzypiętrowy budynek zbudowany z szarego kamienia przez jakiegoś zapomnianego przodka przytłaczał Evelyn. Podeszła do olbrzymich, dębowych drzwi i nacisnęła pozłacaną klamkę w kształcie kuli. Dawniej na jej miejscu tkwiła rzeźbiona głowa węża, ale kiedy dziedziczka nazwiska trafiła do Ravenclawu, a nie zgodnie z oczekiwaniami do Slytherinu, wymieniono ją. Weszła do mrocznego korytarza i zdziwiła się, nie widząc w nim służby. Wyciągnęła różdżkę i zapaliła świece, tkwiące w kandelabrach. Zmarli krewni patrzyli na nią z portretów, którymi wystrojono cały hol. Cioteczna babka poprawiła binokle, przyglądając się jej z dezaprobatą. Dziewczyna oblała się rumieńcem i szybkim krokiem ruszyła na piętro. Zawsze czuła się tu niepewnie. Matkę znalazła na łóżku w sypialni. Ciemne loki opadały jej na twarz, a na podłodze stała butelka po winie i kieliszek. Ambrosia Umbridge zawsze należała do słabych kobiet, podporządkowujących się we wszystkim mężowi. Dookoła leżały różne wydania Proroka, z których wyglądała przystojna twarz ojca – niebieskookiego blondyna o ponurym wyrazie twarzy. Evelyn zebrała rozrzucone strony, nie mogąc dłużej znieść dumnego, aroganckiego mężczyzny, który najwyraźniej nie dostrzegał swego błędu. Jednym ruchem różdżki zmieniła je w kupkę popiołu.
- Dropsiku, Dropsiku! – zawołała, a skrzat zmaterializował się na dywanie. Ukłonił się tak nisko, że prawie dotknął niekształtną głową kościstych kolan. Kazała mu zaparzyć herbaty, zrobić śniadanie i posprzątać, po czym ruszyła do swojego pokoju. Należał do jednego z najjaśniejszych pomieszczeń w całym domu. Okna wychodziły na południe, co było zdecydowanym plusem. Z lekko znużonym uśmiechem spojrzała na kremową tapetę w delikatne, różowe kwiatki i eleganckie, jasne meble. Westchnęła, wreszcie czując się jak w domu. Zostawiła ładną, czarną torbę na łóżku i skierowała się w stronę łazienki. W tym momencie najbardziej pragnęła chwili spokoju w wannie z gorącą wodą, pachnącą migdałowymi olejkami.
***
Zoe Smith była jedną z tych dziewczyn, które zawsze miały coś do roboty, a sen traktowały jako niepotrzebną konieczność. Już od szóstej tryskała energią i optymizmem, co było dość niefortunnym połączeniem wziąwszy pod uwagę artykuł, który aktualnie kończyła. Pisała o Antonym i Dolores Umbridge – mordercach pary wilkołaków. Miała niezwykłe szczęście, że to właśnie jej przypadł w udziale tak ciekawy materiał. Zazwyczaj komentowali tylko zdarzenia szkolne, więc nie miała szans pokazania swoich umiejętności. Tym razem mogła rozwinąć skrzydła i pokazać naczelnej, że nadaje się do czegoś więcej niż relacjonowanie sprawy zagubionych trampek. Z uśmiechem satysfakcji odłożyła pióro i zwinęła pergamin w rulon. Strząsnęła z oczu przydługą, krzywo obciętą grzywkę i wsadziła kałamarz do torby.
Szła tak szybko, że nie zdążyła wyminąć młodszego Pottera, który nagle pojawił się w Sali Wyjściowej, pogwizdując cicho jakąś wesołą melodię. Wpadła na niego z impetem, który prawie zwalił go z nóg. Machnęła przepraszająco ręką, nieomal wkładając mu palec w oko i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Dopiero przed redakcją pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia, którą wykorzystała na uregulowanie oddechu i wyrzucenie Ala z myśli. Wzięła głęboki wdech i weszła do nieużywanej klasy, w której obecnie panoszyła się szkolna gazetka. Na starym, wysłużonym biurku stała maszyna do pisania, a wokoło ktoś porozkładał w schludne kupki zapisane pergaminy. W pomieszczeniu znajdowała się jeszcze półka, na której poustawiano segregatory z dawnymi numerami. Hariett stała przy otwartym oknie, paląc papierosa. Odwróciła się na dźwięk otwieranych drzwi, krzywiąc się ze zniecierpliwieniem.
- Jesteś. Daj – powiedziała zamiast powitania i wyciągnęła rękę po pergamin. Jednocześnie zgasiła niedopałek w popielniczce, stojącej na parapecie. Zoe przygryzała nerwowo wargi i zaciskała pieści, by nie pospieszać Malfoy, która w końcu skończyła czytać i podniosła głowę. – Nieźle, jak na Puchonkę. Mam tylko nadzieję, że nie myślisz tak, jak tutaj napisałaś. Tacy ludzie jak Umbridgowie wiedzą co dobre i im więcej będzie im podobnych, tym lepszy stanie się ten świat.
-Słucham?– zapytała, patrząc niedowierzająco na Ślizgonkę. Ta tylko spojrzała na nią z wyższością kogoś, kto wie na czym opiera się świat i prychnęła lekceważąco. Jednak widząc zdumienie Zoe postanowiła wytłumaczyć swoje stanowisko trochę dokładniej.
- Głucha jesteś czy niedorozwinięta? Artykuł pójdzie do druku, ale tylko ze względu na nauczycieli. Niech dalej tkwią w przekonaniu, że myślimy podobnie jak oni. Gromada tchórzliwych szczurów, które boją się wyjrzeć ze swoich norek, bo tylko dobro i miłość są ważne. Gdzie miejsce na władzę i siłę? Jakoś ich wartości nie uchroniły ich przed Czarnym Panem i jego poplecznikami – zaśmiała się ironicznie, zapalając kolejnego papierosa. Tak jak się spodziewała, Smith nic nie rozumiała. Szkoda. Taki stary ród, a dziedziczka nie dość, że należy do Hufflepuffu, to jeszcze ma tak wąskie horyzonty. – Umbridgowie to wzór do naśladowania.
- Jesteś nienormalna. Tak samo jak oni – odparła dziewczyna z niedowierzaniem. Malfoy tylko się zaśmiała, po czym znowu odwróciła się do okna. Smith wyszła z klasy, trzaskając drzwiami. Hariett nie po raz pierwszy wygłosiła jej kazanie na temat wartości, więc teoretycznie powinna być przyzwyczajona, ale i tak rasizm naczelnej niezmiennie doprowadzał ją do stanów nerwowych.
***
Jack uśmiechnął się z satysfakcją, słysząc echo zatrzaskiwanych drzwi. Prawdopodobnie Hariett znowu kogoś wkurzyła. Skręcił w lewo i zdążył jeszcze zobaczyć szybko oddalającą się Smith. Uśmiechnął się krzywo, wchodząc do pomieszczenia, które przed chwilą opuściła. Zmarszczył nos, wyczuwając w powietrzu dym papierosowy. Nienawidził, gdy jego dziewczyna paliła, co wielokrotnie podkreślał. Ich rodziny już spisały kontrakt przedmałżeński, a nie wyobrażał sobie, by ewentualna matka jego dzieci truła się tym mugolskim gównem.
- Co ty do cholery wyprawiasz? – zapytał ostro, gdy Hariett zaczęła wypuszczać z ust zgrabne kółka dymu. Odwróciła się powoli i dmuchnęła mu prosto w twarz. Zakaszlał, starając się oczyścić układ oddechowy. Wyrwał jej papierosa i wyrzucił za okno. Spojrzała na niego z pretensją.
- Jack, zwariowałeś? To był mój ostatni! – krzyknęła, a jej głos odbił się echem po prawie pustej klasie. Była wściekła, co nie zdarzało się zbyt często. Nott zaczął obawiać się o jej zdrowie psychiczne.
- I bardzo dobrze. Nie będziesz się truła – odparł, opierając się o ścianę. On w przeciwieństwie do Hariett nigdy nie tracił panowania nad sobą na okres dłuższy niż parę minut. Poza tym miał zamiar prawić jej kazanie, a stanie na baczność przez dłuższy czas nie należało do jego ulubionych czynności. – Wiesz doskonale, co myślę na temat tego świństwa.
- Co z tego, że wiem? Nie będziesz mi mówił, co mam robić – odpowiedziała, wydymając usta. Patrzyła na niego z tą niezachwianą pewnością siebie, która zawsze denerwowała Jacka. Miał już serdecznie dość tej napuszonej, bezczelnej dziewczyny. Nie wyobrażał sobie z nią przyszłego życia. Zostało mu tylko jedno wyjście, rozważane od pewnego czasu. Jest mnóstwo innych.
- Dobrze. Jednak jeżeli myślisz, że będę to tolerował, to się mylisz. Zrywam umowę – oświadczył z uśmiechem. Zbladła i wpatrywała się w niego ze strachem. Doskonale wiedział, że osłabiało to znacznie jej pozycję w społeczeństwie, ale nie zamierzał nic robić w tej sprawie. Tak myślał, dopóki nie zauważył jej paniki. Westchnął ciężko. – Nie pasujemy do siebie i męczenie się przez całe życie nie ma sensu. Ogłosimy, że zerwaliśmy zaręczyny za zgodą nas obojga. To nie powinno ci tak bardzo zaszkodzić.
Opuścił pokój z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Co prawda z zamierzonego kazania nic nie wyszło, ale przynajmniej załatwił sprawę, która ciążyła mu przez dłuższy czas.
***
Tym razem Albus zdążył uskoczyć przed tą blondwłosą Puchonką, która z impetem wpadła do Wielkiej Sali. Nawet go nie zauważyła, tylko mamrocząc coś pod nosem doszła do swojego stolika. Pokręcił z niedowierzaniem głową i ruszył w stronę swojego dormitorium. Po drodze minął swojego kuzyna – Freda, który szedł ze swoją dziewczyną w przeciwnym kierunku. Kiwnął im krótko głową, nie mając ochoty na dłuższą pogawędkę. Nie przepadał za Paulą. Wychwytywał w niej jakąś sztuczność. Pomyślał o jej koleżance z dormitorium.
- Co się szczerzysz, braciszku? – zapytał James, czochrając bratu włosy. Al spojrzał na niego nieprzytomnie. Nawet nie zauważył jego przyjścia. Starszy Potter klepnął go w plecy, co skutecznie sprowadziło go na ziemię. Oddał kuksańca i uchylił się przed zwrotnym.
- Nie wolno? Ty też masz takiego banana, że aż żal patrzeć – odszczeknął się, na co brat pokazał mu język. Albus parsknął śmiechem. Jego brat był już pełnoletni, a nadal zachowywał się jak dzieciak. Co najciekawsze sprawiało mu to przyjemność, że nie tylko on bał się dorosłości.
- Może mam powód? – zapytał James, na co Al zagwizdał z uznaniem. Brat strzelił go w potylicę, co wywołało kolejny wybuch śmiechu. Starszy Gryfon nadął się i spojrzał na młodszego z niby oburzeniem. Jednak długo tak nie wytrzymał i po chwili obaj zginali się wpół, chichocząc szaleńczo, co wywołało niepokój u McGonagall, przechodzącej obok.
- Masz na myśli pewną Krukonkę, czy też mylę się? – zapytał w końcu Albus, na wszelki wypadek odskakując o jakiś metr. Niestety nie doczekał się reakcji brata. Zamiast tego James stał z otwartymi ustami i wpatrywał się w ścianę. – Myślisz?
- On? A skądże! – odparła Rose, pojawiając się nagle w korytarzu. Al zaczął podejrzewać, że jako jedyny z całej rodziny nie osiągnął tej zdolności wyskakiwania z nikąd, ewentualnie został adoptowany. – Jednak póki jest w zawieszeniu, mogę cię przesłuchać. O co chodzi z NIĄ?
- NIĄ? – zapytał młodszy Potter, przypatrując się podejrzliwie kuzynce. Nie miał pojęcia o co jej chodzi. James powoli odzyskiwał kontakt ze światem, bo także przyglądał się rudej z zainteresowaniem. – To znaczy?
- No z NIĄ! Wiesz, którą NIĄ – odparła Rose, znacząco wybałuszając oczy. Bracia spojrzeli po sobie, wykrzywiając się w identyczny sposób. Dziewczyna tylko westchnęła zrezygnowana i już otwierała usta, by wyjaśnić, o co jej chodzi, gdy nagły krzyk i hałas uderzającego o posadzkę metalu, odwrócił jej uwagę. Chwilę później na końcu korytarza przemknęła dziwnie znajoma postać i zniknęła na schodach. Ku uciesze kuzynów Weasley postanowiła sprawdzić co się dzieje.
***
Malory Zabini wracała właśnie z redakcji szkolnej gazetki, w której prowadziła serię artykułów o życiu osobistym uczniów Hogwartu, gdy usłyszała głosy. Dochodziły z prostopadłego korytarza i należały zarówno do kogoś rodzaju żeńskiego, jak i męskiego. To wzbudziło jej ciekawość, szczególnie zaś, gdy rozpoznała po jednym z nich młodszego Pottera. Chłopak zazwyczaj był bardzo dyskretny, więc ciekawostka z jego udziałem, świetnie nadawała się do następnego wydania. Niestety, gdy wychyliła się zza rogu, ujrzała jedynie jego brata i kuzynkę. Już miała się wycofać, gdy usłyszała wiele znaczące NIĄ. Zaintrygowana wysunęła się jeszcze kawałek. W tym momencie zbroja, o którą się opierała, rozsypała się w kawałki, wzniecając w powietrze mnóstwo drobinek kurzu. Dziewczyna krzyknęła, a cała trójka zwróciła się w jej kierunku. Byli zbyt daleko, by mogli ją rozpoznać. Mimo to Weasley zaczęła iść w jej stronę, więc Malory postanowiła ratować się natychmiastową ucieczką, która jeszcze nigdy jej nie zawiodła. Ślizgoni nigdy nie pozostawali na miejscu zdarzenia, by z godnością przyjąć zasłużoną karę w tym przypadku za zniszczenie mienia i podsłuchiwanie. Nie leżało to w ich interesie. Biegła, ale nikt jej nie gonił. Zatrzymała się więc przed salą od transmutacji, gdzie zaraz miała rozpocząć lekcje i uspokoiła oddech.
***
Duża część klasy, uczestnicząca w zajęciach z zaklęć rozszerzonych, zastanawiała się dość usilnie skąd bierze się denerwujące tupanie, które również ich nauczyciela doprowadzało do stanu wrzenia. Niewielu osobom udało się je zlokalizować. Do tych szczęśliwców należała Emma, oglądająca z zaciekawieniem stopy przyjaciółki. Wykonywały one wiele dziwnych ruchów. Polegały one głównie na uderzaniu raz palcami, raz piętami w kamienną posadzkę. Stuart przypomniało się z miejsca stepowanie, o którym opowiadał jej poprzedniego dnia James – wielbiciel owej dziwnej sztuki. Niestety wbrew oczekiwaniom Connie nie opanowała owego tańca, nie chciało jej się do toalety czy coś podobnego. Ona jedynie pragnęła jak najszybciej wydostać się z sali i dotrzeć do dormitorium, gdzie czekała na nią paczka od dziadka. Była to rzadka przyjemność, gdyż senior nie znosił sów ze względu na ich mało czysty tryb życia.
- Na następną lekcję macie przygotować – zaczął profesor Flitwick, po czym przerzucił parę stron podręcznika i zagłębił się w lekturze. Zadzwonił dzwonek, który oznajmiał koniec zajęć dla przyszłych aurorów. Mimo to nauczyciel nawet nie podniósł głowy, dalej wpatrując się w tekst starej księgi. Stukanie przybrało na sile, co wreszcie przywróciło mężczyznę rzeczywistości. – Czy owa uprzejma osoba mogłaby zaprzestać tej denerwującej czynności?
- Profesorze, gdy tylko pana profesor zada nam pracę domową, znikniemy stąd niby ten sen złoty, a razem z nami wyjdzie stukanie – odparł James z bezczelnym uśmiechem, który wywołał falę westchnień wśród wielu żeńskich przedstawicielek klasy. On należał do owych szczęśliwców, gdyż ciągle obserwował Emmę i zaintrygowało go jej spojrzenie skierowane ciągle w jednym kierunku.
- Tak, Potter, to całkiem możliwe. W takim razie na następne zajęcia przynieście tylko różdżki. Zajmiemy się praktyczną stroną zaklęć ochronnych. Zaczniemy od czegoś prostego. Od tarczy. Do widzenia – zakończył w końcu malutki człowieczek, po czym zeskoczył ze stosu ksiąg i skierował się w stronę swojego gabinetu. Connie wrzuciła swoje rzeczy niedbale do torby, co nigdy jej się nie zdarzało, zarzuciła ją na ramię i wybiegła z klasy.
- Hej, Connie! Zaczekaj! – Usłyszała za sobą dobrze znany głos. Zatrzymała się i odwróciła w stronę Freda, który przepychał się między ludźmi, wzbudzając oburzenie potrącanych osobników. Stanął tuż przed nią i spojrzał na nią z góry. Był od niej wyższy o głowę, co dopiero teraz zauważył. – Connie, chciałem ci podziękować za to, że wytłumaczyłaś wszystko Pauli.
- James cię woła – stwierdziła tylko, po czym odwróciła się i odbiegła. Chłopak spojrzał przez ramię. Korytarz był pusty. Wszyscy uczniowie poszli już na obiad. Postanowił wziąć z nich przykład, a po drodze rozważyć problem pt. „O co tutaj chodzi?”.
***
Hariett spokojnie jadła swoją sałatkę, gdy do jadalni wsypał się tłum uczniów z zaklęć. Wydęła pogardliwie usta, słysząc ich krzyki i śmiechy.
- Gromada prostaków – wymruczała pod nosem. Jej przyjaciółka Malory tylko pokiwała głową. Cały dzień była dziwnie spokojna, co nie wróżyło niczego dobrego. Malfoy przyjrzała się jej uważnie. Błyszczące oczy, rumiane policzki, lekko nieprzytomny uśmiech i wzrok zawieszony na osobie... Blondynka krzyknęła cicho i spojrzała na przyjaciółkę z urazą. – Czy mogłabyś mi wyjaśnić czemu tak wpatrujesz się w młodszego Pottera?!
- Spokojnie, Hariett. Ja się nie wpatruję, tylko prowadzę obserwacje – odparła Zabini uprzejmie, nie odrywając wzroku od kapitana drużyny Gryfonów. Malfoy po raz pierwszy poczuła się jak kretynka. W tym momencie do sali wszedł Jack. Wyglądał tak, jak zawsze. Lekko przydługie brązowe włosy, opadające na przystojną twarz o zdecydowanych rysach i niebieskie oczy, które wydawały jej się lekko zamglone. Ironicznie się uśmiechał, słuchając swego przyjaciela – Michaela Westfielda. Zaśmiał się, co wywołało wściekłość Hariett. Zachowywał się, jakby nic się nie stało. Zabolało ją to. Spojrzała na talerz szerokimi ze zdziwienia oczami. Zawsze wszyscy robili co tylko w ich mocy by zaspokoić jej potrzeby. Uważała, że tak powinno być. Wstała gwałtownie i wyszła, nie zważając na zaskoczone twarze innych Ślizgonów. Wybiegła na błonia pokryte grubą warstwą śniegu i ruszyła w stronę lasku świerkowego, który okalał dalszą część jeziora, gdzie zazwyczaj nie zapuszczali się inni uczniowie. Zarzuciła kaptur na głowę, gdyż znowu zaczęło śnieżyć. Nie chciało jej się nawet palić. Nagle całe jej życie wydało jej się bez sensu. Szare, monotonne, nic nieznaczące. Nigdy dla nikogo nic nie zrobiła, nic nie znaczyła nawet dla własnych rodziców, którzy traktowali ją jako coś, co koniecznie trzeba dobrze wydać za mąż i zapomnieć o istnieniu owego czegoś. Przystanęła gwałtownie, gdyż wyrwało ją z zamyślenia dziwne poruszenie. Zacisnęła palce na różdżce, wsłuchując się uważnie w ciszę, przerwaną pluskiem. Zrobiła ostrożny krok w przód i wyjrzała za zieloną gałąź. Tu zaczynał się Zakazany Las. Na głazie siedziała staruszka z fioletowym pierogiem na głowie. Machała beztrosko nogami i rzucała kamyczki do przepływającego obok strumyka.
- Może napijesz się ze mną gorącej czekolady? – zaproponowała skrzekliwym głosem, a Hariett rozejrzała się uważnie. Nikogo prócz niej nie było. Znów spojrzała na starszą panią. Tym razem i ona przyglądała się jej. Miała intensywnie błękitne oczy, które przywodziły jej na myśl byłego dyrektora Hogwartu – Albusa Dumbledora. Poza tym nie wyróżniała się niczym specjalnym. Jej blada twarz przypominała pomarszczone jabłko, a siwe włosy, skręcone w niesforne loczki, plątały się dookoła wysokiego czoła. Miała na sobie elegancki, długi płaszcz koloru ciemnej czekolady, który przecierał się na kołnierzu, rękawach i kolanach.
- W sumie czemu nie – odparła, siadając na ściętym pniaku.
***
Connie usiadła na łóżku, ściskając w pięści list od dziadka. Oprócz niego sowa przyniosła także płytę, która kręciła się już w adapterze. Dziewczyna przymknęła oczy, wsłuchując się w charakterystyczny odgłos igły, sunącej wzdłuż rowka. Pierwsze takty popłynęły przez ciepłe powietrze, wywołując u niej wspomnienia z dzieciństwa. Kojarzyło jej się to z jakąś bajką, oglądaną kiedyś z dziadkiem.
Ofiarę złóżcie z głupiej kozy,
Co sama sobie winna jest...
Myślałam, jakoś się ułoży,
Lecz między mity to muszę włożyć!
Krukonka gwałtownie otworzyła oczy i roześmiała się. To było takie typowe dla dziadka. Jednak każdy jego ruch miał określony cel, którego dziewczyna w tym momencie nie dostrzegała.
Kogo chcesz czarować, skoro serce masz na wierzchu,
Już straciłaś głowę, dostrzegamy to bez przeszkód.
Nie wstydź się, to piękne, poczuć nagle miętę,
I mieć w głowie pstroooooo!
Connie ogarnął dziwny niepokój. Znała dobrze dziadka i jego szczerą, prostolinijną, choć nieźle zakręconą osobowość. Czyżby chciał jej zasugerować, że... Zachichotała, tym razem nerwowo i niepewnie.
Co to, to nie, ani słowa, a sio!
Co z tego? Każdy się dowie, o, o.
Nie powiem że pokochałabym go...
Szybko wstała i wyłączyła gramofon. Jakby w transie usiadła spowrotem na łóżku.
Słowa pochodzą z piosenki z „Herkulesa” „Ani słowa” w wykonaniu Natalii Kukulskiej.